O autorze
Jestem trenerem. Rozwijam firmy i ludzi w tych firmach. Jestem ojcem. Rozwijam i jestem nieustannie rozwijany przez moich dwóch synów. Jestem biegaczem. Półmaratony, maratony, czasem trafi się triathlon. Ale codziennie ciężka praca. Jestem blogerem. Uwielbiam opowiadać historie. A jeszcze bardziej słuchać tych, którymi dzielą się ze mną goście mojego cyklu "Wysłuchał: Tomasz Staśkiewicz".
Jestem Warszawianinem. Z dziada pradziada.

Katorżnik - czyli kiedy jogging już nie wystarcza

Na mecie
Na mecie Własne
Zaczyna się normalnie. Pójdę sobie pobiegać. Bo teraz to modne. Bo chcę schudnąć. By się odstresować. Bo mam swój własny powód. Pierwsza euforia po biegu, pierwszy zastrzyk endorfin. I się zaczyna. Wpadamy w sidła nałogu.

Uzależnienie behawioralne jak każde inne. Przynajmniej jeśli chodzi o mechanizm. Z biegiem czasu musisz dostarczać sobie coraz to większych dawek endorfin. Biegać częściej, dłużej, szybciej. Pierwsze 5km, pierwszy start w zawodach, półmaraton… Pewnym krokiem zmierzamy na szczyt jakim wydaje się być maraton. Kiedy tam wreszcie dojdziemy – widzimy wokół siebie wielką pustkę. Osiągnęliśmy ten szczyt i co dalej? Rozglądamy się, a w oddali majaczą 3 nowe szczyty – triathlon, biegi ultra i górskie i biegi terenowe. O tri, ultra i górach innym razem. Tym razem o Katorżniku.

Co roku w połowie sierpnia na poligonie w Kokotku koło Lublińca odbywa się kultowa impreza – Bieg Katorżnika. Choć słowo "bieg" jest tu nieco na wyrost. Biegania jest na lekarstwo. Jest mnóstwo brodzenia w błocie, taplania się w bagnie, wspinania się na różne przeszkody terenowe.

Zaczynamy od skoku w mętne i pełne wodorostów wody jeziora Posmyk. I to jest najmilszy moment wyścigu. Nie da się właściwie płynąć. Trzeba brnąć. Grubo ponad kilometr w wodzie po pas, po szyję. Wychodzimy na ląd tylko po to żeby za chwilę z powrotem wskoczyć w coraz to ciemniejsze i mętniejsze wody. Chwytać się trzcin, łapać konarów. I omijać te, których nie widać w bagnie. Co chwilę wstawać, podnosić głowę z błota, przecierać brudną ręką jedno oko – by brnąć dalej. Wdrapywać się na pomosty i skakać z nich do jeziora. Czołgać się pod mostami i w prześwitach kanalizacyjnych. 13 kilometrów… 2, 3, 4 godziny. Z każdym krokiem coraz mocniej czujemy mięśnie czworogłowe zmęczone pracą w gęstym, głębokim błocie. Co kilka kroków jakiś konar, drut, trzcina rozcina skórę. I wciąż nie wiesz jak daleko jeszcze do mety. W tym roku – trasa miała 13km. Najlepsi pokonywali ją w ponad 2 godziny. Najwolniejsi – potrzebowali prawie sześciu.

Pod koniec czołganie się pod drutem kolczastym jest już tylko atrakcją dla kibiców. Na Katorżnikach nie robi to żadnego wrażenia. Jeszcze 100 metrów biegu po pomoście i meta. Ciężki kawał blachy i podkowa. Wygrawerowany symbol jednostki komandosów. I wiesz, że stoisz właśnie na kolejnym szczycie. Przez kilka dni po imprezie wciąż jeszcze pachniesz zatęchłym błotem, pocisz się mułem, nogi, ręce, często twarz masz pełne strupów, siniaków. Ale właśnie przez ten brud i ból czujesz, że żyjesz. Czujesz, że nie ma chyba takiej słabości, która by Cię mogła pokonać. Jesteś na szczycie. Rozglądasz się i szukasz kolejnego wyzwania…
Trwa ładowanie komentarzy...